Dmuchane koło ratunkowe dla szkoły

Covid 19 nie odpuszcza. Zdominował myślenie o każdej sferze naszego życia. Zorganizował nam wakacje inne niż zwykle, dba o to, abyśmy zakupy robili z rozwagą, ograniczył nasze funkcjonowanie społeczne, a teraz wpłynie na organizację edukacji. Co zrobić ,żeby nie zniszczył ducha zmian w naszych szkołach? Jak zadbać o potrzeby rozwojowe uczniów w płaszczu wszelkich obostrzeń?

Zebrałyśmy kilka pomysłów wypracowanych w gdańskich szkołach, a tym artykułem chcemy otworzyć forum wymiany dobrych praktyk – dobrych dla całej społeczności.

  1. Po pierwsze wietrzyć i nade wszystko wietrzyć.

W tym roku szkolnym wpuścimy o wiele więcej świeżego powietrza do budynków, otworzymy nigdy nie otwierane boczne drzwi, żeby nie robić niepotrzebnego tłoku, tylko umożliwić sprawną komunikację. Dzieci będą spędzały przerwy na dziedzińcu i boisku. Ten przeciąg potrwa pewnie do pierwszych totalnie deszczowych i błotnych dni.

2. Kiedyś „Szkoła na mieście” , dziś szkoła na łące

To projekt realizowany w jednej z gdańskich szkół. Pochodzi z czasów sprzed pandemii, ale może teraz sytuacja sprawi, że więcej placówek wdroży tę ideę.

Raz w miesiącu Zespół Szkół nr 8 zupełnie pustoszeje: wszyscy uczniowie i nauczyciele wychodzą poza mury szkolne,aby uczyć się na mieście. Podstawa programowa, realizowana jest tego dnia w różnych miejskich przestrzeniach – w parku, na plaży, w lesie, w muzeach, w centrach biznesowych, na uczelniach, w ośrodkach kultury – wszędzie tam, gdzie uczniowie mogą bezpośrednio doświadczyć i lepiej zapamiętać istotne treści z danego obszaru.  Szkoła na mieście odbywa się cyklicznie, a nauczyciele w 2-3 osobowych międzyprzedmiotowych zespołach tworzą wspólnie całodzienne projekty.

Dziś szkoła pewnie symbolicznie przeniesie się „na miasto”, a bardziej wykorzysta otwarte, wolne przestrzenie – łąki, parki, lasy, plaże. Może nauczyciele tak zorganizują swoje lekcje, że nie tylko raz miesiącu, ale wtedy gdy będzie to miało odzwierciedlenie w realizowanych treściach, zdecydują się na aktywne lekcje w plenerze.

3. Jak najmniej wędrowania po szkole

Plany lekcji pewnie już dopięte na ostatnią pinezkę. Jednak zawsze można coś zmienić, jeśli zmiana miałaby przynieść pożytek. Wszelkie wskazania i rekomendacje zakładają, że najlepszym rozwiązaniem dla szkół, jest przebywanie dzieci i dorosłych w niemieszających się ze sobą grupach. O ile w klasach I-III i edukacji przedszkolnej jest to w większości sytuacji możliwe, to w nauczaniu przedmiotowym staje się nierealne. Nawet jeśli dysponujemy taką przestrzenią w szkole, że klasa może przebywać w jednej sali, to i tak nauczyciele będą wędrować po całej szkole. Co możemy zatem zrobić? Żeby ograniczyć liczbę odwiedzanych danego dnia klas, możemy uczyć przedmiotów w systemie blokowym, czyli pogrupować lekcje po dwie, a w starszych klasach nawet trzy.

4. Dotykaj tylko to, co twoje

To będzie zapewne nadrzędna zasada w wielu klasach. O tyle słuszna w dobie pandemii, co mało możliwa do wyegzekwowania wśród młodszych dzieci. Jeśli zechcemy podejść dosłownie i restrykcyjnie do jej przestrzegania, to stworzymy bardzo stresującą atmosferę, wbrew potrzebom wspólnej zabawy i dziecięcej spontaniczności. Możemy uczyć dzieci korzystania tylko z własnych przyborów, ale co z czasem przeznaczonym na zabawę?

Pluszaki, przytulanki i wszelkie przedmioty wykonane z tkaniny zniknęły z placówek oświatowych już na wiosnę. Co zostało? Na przykład plastikowe klocki, które można łatwo zdezynfekować po zabawie albo jeszcze lepiej umyć w misce z wodą i mydłem, a potem zostawić do wyschnięcia na plażowym ręczniku. Zróbmy zatem akcję przynoszenia do szkoły ręczników i misek, a z mycia klocków urządźmy zabawę. Nie zabierajmy dzieciom wszystkich możliwości bawienia się przedmiotami.

5. Plastik wraca do szkół

Wszystkie eko akcje, w które chętnie się włączamy, eliminują plastik z naszego codziennego życia. Jednak dziś sytuacja zmusza nas do innego podejścia w tej kwestii. Ponownie laminarki rozpoczęły intensywną pracę. Co zrobić jeśli chcemy papierową pomoc dydaktyczną wykorzystać w pracy z całą klasą? Jeśli szczelnie otoczymy ją plastikiem, to możemy szybko ją wielokrotnie używać, bo dezynfekcja jest w tym przypadku skuteczna. Gdy jednak plastikowi mówimy stanowcze nie, to pozostają nam papierowe pomoce powielane w dziesiątkach egzemplarzy, żeby starczyło dla każdego, albo tekturowe plansze i inne gadżety, udające się po każdej lekcji na 3 dniową kwarantannę.

6. Dmuchane koło ratunkowe

W salach nie ma już dywanów, które pozwalały dosłownie na rozprostowanie nóg i zajęcie wygodnej pozycji podczas jakże integrujących zadań w kręgu. Czy przez całe 45 minut pozostaniemy zatem na swoich miejscach, siedząc na twardych krzesłach i doskonaląc jedynie słuszną wyprostowaną postawę? Tak bardzo chcieliśmy „odkrzesłowić” nasze szkoły, a tu w czasie pandemii wraca stare… Hmm…, gdyby tak przynieść do klasy dmuchany sprzęt pływający – materace, koła, flamingi i jednorożce? Byłoby jeszcze trochę wakacyjnie, na pewno wygodnie na podłodze i praktycznie w momencie dezynfekcji.

Czy te pomysły mają sens? Czy się sprawdzą? Jak przyjmą je uczniowie? To wszystko się okaże. Możemy próbować rozsądnie i nadal kreatywnie oswajać tę trudną rzeczywistość mając w głowie przekonanie, że wszelkie starania to jak dmuchane koło ratunkowe – może pomóc, ale nikt nie daje gwarancji na powodzenie akcji.

oprac. I. Banaszczyk, A. Tomasik i M. Buda

Metoda JIGSAW

Bardzo lubię, gdy moja klasa pracuje w grupach. Uważam, że ta forma pracy świetnie się sprawdza. Jednak często mam wrażenie, że podczas takich lekcji znajdują się uczniowie, którzy nie angażują się w zadanie. Znalazłam na to sposób – to metoda JIGSAW (ang. układanka).

JIGSAW w pigułce

To metoda służąca uczeniu się we współpracy. Zagadnienie, które mamy omówić zostaje podzielone na kilka spójnych fragmentów*, zaś klasa na grupy liczące tyle osób**, co podzielonych fragmentów. Zadaniem każdego ucznia jest opracowanie i przyswojenie jednej partii materiału (pracuje w grupie eksperckiej), a następnie przekazanie jej grupie. Dzięki temu finalnie wszyscy opanowują całe zagadnienie.

*Liczba fragmentów, na które zostało podzielone zagadnienie, a co za tym idzie członków w grupach, powinna zostać każdorazowo dostosowana do omawianych treści i liczebności klasy.

* * Gdy nie da się tego zrobić, warto by dwóch uczniów z jednej gtupy pracowało nad jednym zagadnieniem.

Metoda JIGSAW krok po kroku

  • Dane zagadnienie dzielimy na kilka spójnych fragmentów.
  • Klasa zostaje podzielona na grupy liczące tyle samo osób (tyle na ile fragmentów podzielone zostało omawiane zagadnienie).
  • Każdy członek grupy otrzymuje jedno zagadnienie do opanowania.
  • Uczniowie z poszczególnych grup, którzy mają to samo zagadnienie do opracowania spotykają się w zespołach eksperckich (zmiana grup)– porządkują wiedzę, wyjaśniają, ustalają jak najefektywniej przekazać informacje członkom swoich macierzystych zespołów.
  • Uczniowie wracają do swoich pierwotnych grup i uczą się wzajemnie, każdy ekspert przedstawia swoje zagadnienie pozostałym członkom zespołu.
  • Następuje prezentacja całego materiału (jeśli uczniowie przedstawiają zagadnienia w formie ustnej, warto zadbać, by o poszczególnych zagadnieniach nie mówili eksperci, lecz inni członkowie zespołu).

Żeby lepiej sobie wyobrazić przebieg takiej lekcji warto prześledzić poniższy schemat, powstał on na podstawie materiałów zaczerpniętych z tej strony:

źródło: interklasa.pl/portal/index/strony?mainSP=subjectpages&mainSRV=nauczyciel&page=subpage&article_id=320026&page_id=17530

 Pracę grup dzielimy na 4 etapy:


    1 etap
W wyniku losowania lub celowego doboru powstają 4-osobowe zespoły ( liczba osób może się zmienić zależnie od tego, z ilu fragmentów składa się materiał). Każdemu członkowi grupy przydzielamy jego część materiału do opanowania. W sumie grupa dysponuje całością (a + b + c + d). Każda z klasowych grup pracuje według tego samego schematu.
 

 
     2 etap
W tym momencie powstają grupy ekspertów, co oznacza, że uczniowie z każdej z grup opracowujący ten sam fragment materiału spotykają się razem, aby usystematyzować treści, przedyskutować wątpliwe kwestie i podzielić się pomysłami na to, jak ową nowo zdobytą wiedzę przekazać dalej.


    3 etap
Uczniowie ponownie spotykają się w swoich macierzystych grupach. Teraz ich zadaniem jest wzajemna nauka, a wszystko po to, aby każdy członek grupy opanował całość materiału (a + b + c + d).

 
    4 etap
To czas podsumowania. Uczniowie prezentują wszystkie fragmenty zdobytej wiedzy (a+b+c+d) łącząc tym samym w całość umowne puzzle. Wiedzę tę możemy sprawdzić za pomocą pytań przygotowanych przez nauczyciela, albo przez poszczególne grupy.

oprac. Marta Jankowska, oprac. graficzne I. Banaszczyk

Dzieci nadmiaru, dzieci niedostatku

Słowo diagnoza robi ostatnio zawrotną karierę. Diagnozujemy potrzeby i problemy uczniów, diagnozujemy nastroje społeczne, diagnoza obecna jest zarówno w gospodarce jak i w kulturze. Już dawno nie jest zarezerwowana wyłącznie dla nauk medycznych. Dziś i ja spróbuję postawić pewną diagnozę. Nie użyję w tym celu znanych mi narzędzi – testów psychologicznych, kwestionariuszy, nie przeprowadzę długofalowych badań, ani eksperymentu na dużej próbie. Potraktuję słowo diagnoza szeroko i może nawet dość potocznie. Moje rozważania będą teoretyczne, a oprę je na pewnych obserwacjach.

Żyjemy w czasach dobrobytu. Pewnie niektórzy się ze mną nie zgodzą i podadzą dobitne argumenty, aby obalić moją tezę. Dlatego wyjaśnię gdzie ten dobrobyt widzę. Mamy bardzo duży dostęp do różnego rodzaju dóbr zarówno tych materialnych, jak i związanych z kulturą, nauką, rozwojem. Oczywiście piszę te słowa z perspektywy Polki i Europejki, w danym momencie dziejowym. Nadmiar to stan, w którym stwierdzamy, że czegoś jest za dużo. Gdy nie wykorzystujemy dostępnych nam rzeczy, możliwości, informacji, atrakcji, bo odczuwamy przesyt, bo dopada nas niemoc.

Nadmiarem może być też apetyt na kolejne konsumenckie zachcianki podsycane marketingowymi sztuczkami, na które łatwo się nabieramy i podświadomie łapiemy haczyk. To my dorośli i świat, który kreujemy wokół nas, dla siebie, swojej rodziny, swoich dzieci. No właśnie dzieci, bo o nich tu głównie mowa. Na jaki nadmiar są one narażone?

Najszybciej odpowiemy na to pytanie wyobrażając sobie dziecięcy pokój i wszystkie obecne tam przedmioty. Zobaczymy wtedy łóżko pełne pluszaków, mniejsze i większe kolorowe, plastikowe, tak zwane zabawki edukacyjne, różne rodzaje klocków, pudła z grami planszowymi i puzzlami, czasem książki, no i oczywiście wszelkiej maści kolekcje – a to „Gwiezdne Wojny”, a to superbohaterowie, a to kucyki, lalki, itd… Czy dziecko bawi się tym wszystkim? Czy jest w stanie zadbać o porządek w tym pokoju, na miarę swojego wieku? Czy zabawki te faktycznie zajmują jego czas i skłaniają do samodzielnej, twórczej aktywności? Czy przedmiotów jest tak dużo, że szybko stają się obojętne i na dziecko działa tylko efekt nowości (Mamo! Tato ! Kup proszę!)

Gdy w najbliższym, codziennym otoczeniu spostrzegamy nadmiar przedmiotów to jest to równoznaczne z nadmiarem bodźców. Potocznie używa się już słowa „przebodźcowany”. Układ nerwowy dziecka musi sobie radzić z odbiorem i przetwarzaniem sygnałów dochodzących za pomocą różnych zmysłów. Obrazy, kształty, kolory, światło, migotanie, refleksy, odblaski, dźwięki, szumy, zgrzyty, odgłosy w tle, pogłos, nagłe hałasy, różne faktury, nacisk, łaskotanie, drapanie, odczuwanie temperatury, zapachy, smaki, ruch i koordynacja to wszystko dzieje się tu i teraz i może dziać się w jednym momencie.

Czy mózg jest w stanie zarejestrować i odpowiednio przetworzyć taką liczbę doznań? Jest plastyczny, ma ciągle do końca niezbadane możliwości. Ale po co fundować mu takie wyzwania? Dlaczego ma pracować na najwyższych obrotach. Czy dziecku potrzebne są te wszystkie bodźce? Pomyślmy jak my się czujemy spędzając 3 godziny w centrum handlowym na zakupach. Zdarza się tak, że w podobnym stylu urządzamy codzienny świat małemu człowiekowi, który ma jeszcze niedojrzały układ nerwowy: kolorowe wystawy to sterty zabawek w pokoju, szum w tle to ciągle włączony telewizor, reklamy w megafonach to ulubiona gra na tablecie, tłok i duchota to czas spędzany w 4 ścianach, a nie na świeżym powietrzu.

Kolejny nadmiar to zbyt duża liczba zorganizowanych aktywności, wszystkie te dodatkowe, zaplanowane zajęcia, na które trzeba dotrzeć i rozwijać talenty, szukać pasji, zdobywać kompetencje niezbędne w dzisiejszych czasach. Tak, są dzieci, które rozpoczynają dzień od basenu o 7 rano, a kończą wieczorem w szkole muzycznej, po drodze są oczywiście godziny spędzone w klasie, odrobione w świetlicy lekcje i angielski w sali wynajmowanej w szkole przez firmę edukacyjną – Amelka, klasa pierwsza szkoły podstawowej. A w głębi serca marzenie o zabawie lalkami z przyjaciółką i bitwie na śnieżki po lekcjach.

Obserwacje, rozmowy, doświadczenia składają się na te gorzkie refleksje. Amelki nikt nie wymyślił, poznałam ją jakiś czas temu na szkolnych warsztatach. Dziesięcioletni Kuba przychodził do mnie regularnie do gabinetu na spotkania, bo był ciągle przygnębiony, smutny i nie wiedział jak sobie poradzić z powodu braku przyjaciół. W prywatnej szkole, 12- osobowej klasie, w której oprócz niego było 2 chłopców nie znalazł bratniej duszy. Dowożony i odwożony codziennie przez rodziców nie miał po lekcjach możliwości na spotkania z kimkolwiek ze szkoły, mieszkał w bardzo odległej dzielnicy. Za to oferta edukacyjna placówki spełniała wszystkie, nawet najbardziej wygórowane wymagania.

Nadmiarów możemy spostrzec jeszcze więcej: jedzenie, pieniądze, ubrania, media, internet, gadżety, hałas, tempo… Każda z wymienionych opcji generuje całą lawinę nieszczęść i konsekwencji wynikających z „przedawkowania”, ale jest też druga strona medalu. Z nadmiarem wiąże się niedostatek, jak chińskie YIN i YANG, świetnie się uzupełniają. Nie trzeba być psychologiem, żeby odkryć czego brakuje Amelce i jakich dziecięcych potrzeb nie zaspokaja Kuba.

Brak, deficyt, pustka w sferze emocji, relacji, komunikacji, zaspakajania rozwojowych potrzeb to ból dzieci nadmiaru.

To opis świata urządzanego dzieciom przez rodziców. Nie zapominajmy jednak, że w podobnym stylu szkoła „mebluje” codzienność swoim uczniom. Możemy szukać winnych i nie będzie to trudne zadanie – system, prawo oświatowe, ministerstwo, samorządy, reforma, podwójny rocznik, nieudolni nauczyciele. Każdy mierząc własną miarą przytoczy mocny argument. Do tego cała litania narzekań i anty przykładów wyssie z nas całą energię, a ręce rozłożą się w geście „nic się nie da zrobić”.

A gdyby szkołę pomyśleć inaczej? Dzieci nadmiaru nie muszą przebywać przecież w salach pełnych zbędnych przedmiotów, z milionem gazetek ściennych, dekoracjami na oknach i zwisającymi z sufitu bocianami. Nie muszą siedzieć 45 minut na twardych krzesłach patrząc na plecy kolegów i koleżanek. W końcu nie muszą uczyć się tylko i wyłącznie z „wszystko mających” ćwiczeń i podręczników. Zamiast lekcji W-F na korytarzu mogą spędzić aktywnie 30 minut na dworze. Zamiast głośnego przeraźliwego, nagłego głosu dzwonka mogą nauczyć się reagować na inne sygnały informujące o końcu i początku lekcji. W czasie przerwy mogą spędzać czas w przestrzeni podzielonej na strefy różnych aktywności lub odpoczywać w miejscach gdzie stoi stół, krzesła, siedziska lub kanapy, a nie tłoczyć się w tłumie, „nielegalnie biegać” lub siedzieć na podłodze pod ścianą.

A co możemy zrobić w zakresie niedostatku, z powodu którego cierpią nasi uczniowie? Zadbać o relacje z nimi, budować życzliwą atmosferę, dawać dobry przykład komunikując się pozytywnie, stworzyć warunki do tego, aby klasa mogła się dobrze poznać, organizować godziny wychowawcze w formie warsztatów i faktycznie realizować tematy bliskie dzieciom i młodzieży, w końcu dać im swoją uwagę i zainteresowanie.

Skoro są dzieci nadmiaru i dzieci niedostatku to zapewne są i tacy dorośli. Czy ja jestem takim dorosłym? Czy może z wiekiem obserwuję u siebie coraz większą miłość do minimalizmu? A może mam nadmiar wszystkiego, a niedostatek czasu dla siebie? !

Czy w końcu stwierdzę, że mając swoje x lat jestem dzieckiem nadmiaru i niedostatku. Jak najpierw sama uporam się ze sobą, to dopiero wtedy pozwolę dzieciom nie brnąć w chaos.

Iza Banaszczyk, opracowanie graficzne Magdalena Buda

Cały ten Jazz… Muzyka w przedszkolu

Jest takie powiedzenie w języku polskim: „O gustach się nie dyskutuje” . Otóż jest ono o tyle fałszywe, co i szkodliwe. Ta łacińska sentencja de gustibus non est disputandum, kończy zazwyczaj wymianę zdań na temat osobistych preferencji i upodobań. Oczywiście bywają one bardzo różne i często mamy do naszych wyborów bardzo emocjonalny stosunek. Jednak w dziedzinie edukacji warto być ponad tym i cały czas rozwijać swoje gusta otwierając umysł i zmysły na różne rodzaje sztuki. Gdy mamy wpływ na kształcenie innych, zadbajmy o swoje własne kompetencje. To taki krótki apel na początek. Dlaczego o tym piszę? Bo dziś będzie mowa o muzyce. Zanim podzielę się z Wami moim odkryciem i „całym tym jazzem” to przywołam pewną sytuację, która została w mojej pamięci. Wyobraźcie sobie typowe polskie osiedle wysokich bloków z lat 70 -tych, a wśród nich parterowy budynek z oknami obklejonymi kolorowymi wycinankami i równie kolorowym placem zabaw dookoła. Cóż to może być za miejsce? Nie trudno zgadnąć, każdy wie, każdy zna – to publiczne przedszkole. To pójdźmy krok dalej i wykorzystajmy jeszcze naszą wyobraźnię w obrębie kolejnych zmysłów. Jest bardzo ciepłe czerwcowe popołudnie, dzień wymarzony do spędzania go na świeżym powietrzu i tak też się dzieje w owym przedszkolu. Dzieci na placu zabaw, okna szeroko otwarte, a w jednym z nich odtwarzacz płyt CD, a jak odtwarzacz to i muzyka roznosząca się echem po całym osiedlu. Co to za muzyka? Zgadniecie? To „Smerfne Hity”. Kto nie zna tego zjawiska z lat 90′ niech sobie sprawdzi w internetowej wyszukiwarce. Przywołana przeze mnie scenka nie jest jednak wspomnieniem z tak dalekiej przeszłości. Choć domyślam się, że skoro nauczycielki wybrały tę, a nie inną muzykę dla swoich przedszkolaków i przez parę godzin „karmiły” nią zarówno dzieci jak i przechodniów, same musiały mieć jakiś osobisty sentyment do tych piosenek. Tu nasuwają się pytania, które zadawałam sobie mijając 3 razy tego dnia to przedszkole: Po co? Co zyskały dzieci z tak spędzonego na dworze czasu? Czy nie mogły po prostu słuchać głosów przyrody i siebie nawzajem uczestnicząc w dowolnych zabawach? Po co fundować dzieciom dodatkowe, tak silne bodźce w momencie gdy i tak mają ich nadmiar? W końcu, czy naprawdę nie ma innej muzyki dla dzieci? ( a tak na marginesie teksty owych „Smerfnych Hitów” wcale nie są dla dzieci)

Ciągle wierzę, że jednak można inaczej. Tylko trzeba znać miejsca, w których znajdziemy wartościową muzykę, bez zbędnej oprawy, elektronicznych modyfikacji, nadmiaru dźwięków. Bo dobra muzyka sama się obroni, nie trzeba jej pakować w przekolorowane teledyski, z pulsującym światłem i jaskrawymi barwami, gdzie dynamika zmieniających się obrazów wprowadza dodatkowy niepokój. Piszę to wszystko mając na uwadze dziecięcą wrażliwość i naturalną przecież w tym wieku niedojrzałość układu nerwowego. Skoro właśnie układ nerwowy w wieku przedszkolnym tak intensywnie się rozwija, a tempo życia i liczba otaczających nas bodźców wciąż wzrasta, zadbajmy o takie środowisko edukacyjne, które uwzględnia prawdziwe, głębokie potrzeby małego dziecka. To właśnie umiar i zasada „jedna rzecz w jednym czasie” najskuteczniej działa na zmysły i na koncentrację.

Zresztą zobaczcie sami, jak można „zrobić muzykę” w prosty, ale dogłębnie przemyślany sposób.

Jazzowanki to, jak pisze sama autorka: „polskie piosenki dla dzieci z pokazywaniem. Wspieramy motorykę małą i dużą.  Jazzowanki to program edukacyjny, wspierający komunikację i zachęcający do aktywności fizycznej. Zaprezentowana muzyka jest delikatna, nieagresywna i organiczna. Jazzowanki powstały z potrzeby serca, z miłości do polskich piosenek oraz szacunku do Dziecka – do jego wrażliwości, chłonności, potrzeby ruchu i zainteresowania językiem.”

Znajdziecie tu takie hity, nie bójmy się tego słowa, jak „Kolorowe kredki”

i „Mało nas do pieczenia chleba”

Będzie muzycznie i matematycznie:

i fantastyczna piosenka o głosce „o” z pokazywaniem (ruch, muzyka, kształt głoski i słowa na o – porusza wszystkie kanały, które pomagają w zapamiętywaniu)

Są też piosenki polsko – angielskie

a na koniec polecamy jeszcze taneczne Boogie Woogie

Życzymy zatem udanych zajęć inspirowanych Jazzowankami i wszystkiego dobrego z okazji Dnia Przedszkolaka.

oprac. I.Banaszczyk

Konferencja – dodatkowa pula miejsc dla gdańskich nauczycieli

Dziękujemy za tak ogromne zainteresowanie organizowaną przez nas konferencją. W czasie wakacji pracowaliśmy nad tym, aby zwiększyć jeszcze pulę dostępnych miejsc. Dziś wznawiamy zapisy. Mamy 100 miejsc przeznaczonych dla gdańskich nauczycieli ze szkół samorządowych.

Osoby zarejestrowane podczas pierwszego naboru otrzymały potwierdzenie na swój adres mailowy. Jeśli ktoś takiego potwierdzenia nie otrzymał, powinien zapisać się teraz ponownie, pod warunkiem, że jest nauczycielem w gdańskiej szkole.

W pierwszej części od 10.00 do 11.30 w audytorium wszyscy wysłuchamy trzech wykładów wygłoszonych w parach przez:

  1. prof.dr hab. MARIĘ MENDEL i prof.dr hab. TOMASZA SZKUDLARKA
  2. dr hab. JOANNĘ MYTNIK, prof.UG i dr WOJCIECHA GLACA
  3. mgr ANNĘ SOWIŃSKĄ i mgr ROBERTA SOWIŃSKIEGO

Druga część to gotowe pomysły do zabrania ze sobą do szkoły, opowiedzą o nich nauczyciele i edukatorzy. Wszystkie 4 sesje odbędą się równolegle. Wypełniając formularz zgłoszeniowy wybieramy interesujący nas blok tematyczny:

  1. MĄDRZE – blok dla nauczycieli wczesnoszkolnych
  2. TWÓRCZO – blok dla nauczycieli klas IV – VIII
  3. INACZEJ – blok dla nauczycieli szkół średnich – dostępnych jest jeszcze 20 miejsc
  4. DYREKTORZY – sesja specjalna dla dyrektorów – UWAGA! wszystkie miejsca zajęte!

Udział w konferencji jest bezpłatny.

Zapisy za pomocą formularza:

UWAGA! zapisy zakończone

Osoby zarejestrowane otrzymają potwierdzenie na swój adres mailowy.